zachwyt nad przeintelektualizowanym postmodernistycznym bełkotem. recenzja "mojej walki" w reż. michała borczucha

Jeśli można mówić o sztuce za pomocą matematyki, to stwierdzam, że spektakl Michała Borczucha podobał mi się w 75%. Taki wynik jest możliwy dzięki jednemu czynnikowi – znajomości książek Knausgårda. Bez tego wszystkie wybitne zabiegi artystyczne reżysera powodowały, że cztery godziny zamieniały się w bełkot. O ile nie uznaliśmy już samego tekstu Mojej walki za ów bełkot, ale to dywagacje na inny post. Znając książki moglam rozpoznać sceny i w efekcie zachłysnąć się geniuszem Borczucha. Jednakże jeśli macie ochotę pójść na ten spektakl bez znajomości twórczości Norwega to przed kliknięciem „czytaj dalej” zostawiam ostrzeżenie przed spoilerami, bo, w przeciwieństwie do Krzysztofa Vargi i Justyny Sobolewskiej uważam, że Knausgårda można spoilerować, a tego po prostu się nie robi.

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

KNAUSGÅRD CZYLI PROBLEM

Na początku muszę oddać Borczuchowi jedno – samego faktu przerobienia prawie czterech tysięcy stron tekstu, składającego się głównie z opisów i przemyśleń autora, i bardzo umiejętnego przy tym wybrania konkretnych wydarzeń. Z jednym zastrzeżeniem reżyser wybrał takie sceny i epizody z życia Knausgårda, które każdy zaangażowany czytelnik jego książek zapamiętał (z różnych względów), czasami wykorzystując zdania, które ja również zapamiętałam, co dodatkowo wiązało mnie emocjonalnie z oglądanym spektaklem. Wisienką na torcie był sposób wykorzystania faktu, że to Polacy przerabiają Norwega, o czym za chwilę.

Spektakl trwa cztery godziny z jedną przerwą. Pierwsza część odnosi się do pierwszych dwóch tomów, druga do czwartego, piątego i szóstego, natomiast trzeci został rozerwany, kończy pierwszą część i otwiera drugą. To rozerwanie zupełnie nie szkodzi trzeciej książce Mojej walki, która zresztą, zgodnie z moimi preferencjami czytelniczymi, została obdarzona najmniejszą czułością, jednocześnie łącząc najnudniejszy element spektaklu z najlepszym zabiegiem humorystycznym. Trzeci tom Mojej walki obejmuje najmłodsze lata Karla Ovego, okres podstawówki. Niektóre wydarzenia, które swoją drogą wzburzyły wielu czytelników (patrz: robienie kupy i wkładanie siurka do butelki) zostały odczytane przez aktorów, a przez większość czasu widzom był wyświetlany film z udziałem dzieci. Dzieci nie robią zbyt wiele, chodzą po śmietnisku albo kręcą się po boisku – czyli podsumowanie tych kilkuset stron w jednym zdaniu – ale robią to, mówiąc udawanym norweskim. Nie wiem do końca jak to Borczuch zaaranżował, czy dzieciom napisano te kwestie w pseudonorweskim czy one miały mówić w taki sposób, jak im się wydaje że Norwegowie mówią. W każdym razie – genialny zabieg.
 

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

KNAUSGÅRD CZYLI WYZWANIE

Z pierwszego tomu Borczuch wybrał to, co najważniejsze, co jest osią całej serii, a mianowicie śmierć ojca Karla Ovego i Yngvego, a dokładnie sprzątanie domu, w którym spędził ostatnie lata.  Ten fragment niczym mnie nie zaskoczył w realizacji, a tylko zirytował, jako że w jednym kącie Karl Ove (Jan Dravnel) i Yngve (Dobromir Dymecki) sprzątali dom i rozmawiali, a w drugim Sissel (Halina Rasiakówna) czytała treść szóstego tomu, a dokładnie fragment dotyczący Hitlera. Ich głosy się na siebie nakładały, a moją jedyną pociechą było to, że Hitlera już załatwiono i nie muszę go przeżywać na końcu spektaklu.

Drugi tom jako książka jest chyba moim ulubionym, a w realizacji Borczucha bardzo mnie urzekł. Reżyser ponownie sięgnął po najważniejszy wątek, czyli związanie się z Lindą (Justyna Wasilewska). Pokazanie relacji z drugą żoną wyszło Borczuchowi tak pięknie jak Knasugård to opisał – czytanie, a teraz oglądanie wprawiało w zachwyt, zarówno pod względem formy jak i treści. Borczuch zafascynował mnie zestawieniem Karla Ovego i Lindy w dwóch parach – Jana Dravnela z Justyną Wasilewską i Sebastiana Pawlaka z Agnieszką Podsiadlik. Dravnel, jako główny Karl Ove, reprezentował czas poznania i zakochania, Pawlak i Podsiadlik pokazali parę, ktora stara sie juz o kolejne dziecko. Sam Dravnel urzekł mnie tu niesamowicie, co jednak nie jest zaletą dla całości spektaklu. O co chodzi – Karl Ove Knausgård jest antypatycznym, ciężkim człowiekiem (psychicznie, nie wagowo). Rozczulający i oddany jest jedynie kiedy zakochuje się najpierw w Tonje, pierwszej żonie, później właśnie w Lindzie. I Dravnel doskonale oddaje tę stronę Knausgårda, mdlejącego z miłości, ale nie ma w sobie nic z tego chamskiego Norwega skurwysyna w innych scenach.

Z drugiego tomu przejmującą sceną była rozmowa z Geirem, przyjacielem pisarza, rozpisana na kilkudziesięciu stronach. Jako tekst jest pasjonująca i wciągająca. Tutaj, Geir (Paweł Smagała) zostaje usunięty z głównej sceny, nadal mówi, ale jest na podeście z boku publiczności, więc widzowie w tym czasie raczej skupiają się na filmie pokazującym wydarzenie zaciecia sie Lindy w łazience. „W celach artystycznych film został puszczony od tyłu”, co miało chyba fascynować jak czerwona komnata z Twin Peaks, a stała się trzecim sezonem serialu. Scena, która dla Karla Ovego była przykrą porażką jego męskości, stała się dla mnie kilkuminutową udręką, a rozmowa z Geirem ocierająca się między geniuszem a absurdem była dla mnie nieosiągalna. Obie te sceny można było o wiele lepiej rozwiązać, bo dalej Borczuch pokazał, że umie radzić sobie z trudnymi partiami tekstu.
 

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

BORCZUCH CZYLI ZACHWYT

Czwarty tom, realizowany po przerwie, był genialnym otwarciem. Kiedy ja była oburzona książką, bo była przepełniona niemal nieustannym pragnieniem seksu przez Karla Ovego i jego użalaniem się nad swoimi niepowodzeniami w tym zakresie, to Borczuch tak zrealizował tę część, że w ogóle nie myślałam o małostkowości Knausgårda. Scena rozpoczęła się od ubrania Sebastiana Pawlaka w czarny obcisły kostium okalający rownież głowę i gdy został zapięty, zgasło światło. Stary Knausgård w stroju czarnego plemnika kamerował młodego Knausgårda, kiedy ten miał wreszcie miał okazję zbliżyć się z Irene. Fantastyczne były tu dwa zabiegi. Zgaszenie światła było genialne w swojej prostocie – w czwartym tomie Karl Ove przebywa na północy Norwegii i przez większość czasu panuje tam nieustanna ciemność. Natomiast przebranie jednego z aktorów w czarny kostium z pełnym wzwodem z kamerą w ręku obserwującą dokonania łóżkowe Karla Ovego (a raczej ich brak) jest metaforą tego nieustannego pożądania, obecnego w tym wówczas osiemnastolatku.

Wątek miłosny z Andreą, ciągnący się przecież przez pół tomu, tutaj został rozwiązany przebraniem Marii Maj, która nastolatką nie jest, w bardzo młodzieńczy strój i próbującej dobrać się do Karla Ovego w dość prostacki sposób, co też do pewnego stopnia dobrze oddaje reakcję czytelnika na te fragmenty książki – nie było w tym wątku żadnego idealistycznego uczucia, dla tamtejszych dziewczyn nauczyciele byli w najlepszym wypadku jakimś obiektem plotek i miłostek przed momentem emigracji z rodzinnych stron.

Fragment dotyczący czwartego tomu zamknięto tym, na czym książka się kończy, czyli festiwalem w Roskilde. Literacki Knausgård był odpychający – w Roskilde, po pijaku, Karl Ove odbył swój pierwszy stosunek seksualny, co opisał z obfitymi szczegółami. Karl Ove, który zawsze był szczupły i wysoki i pociągały go zgrabne dziewczyny, zaliczył jakąś pulchniejszą posiadaczkę waginy. Natomiast Borczuch dokonał zamiany płci – o scenie, niczym Knasugård, opowiadała Justyna Wasilewska, swoją drogą szczupła aktorka, podczas gdy to Dravnel, nieco pulchniejszy, poddaje się zabiegom seksualnym i tak jak w książce dziewczyna w pewnym momencie wymiotowała, tak samo robił to Dravnel, przez co Knausgård/Wasilewska mógł ją/go posuwać od tyłu. Nie wiem czy Dravnel musiał tak długo latać z siurkiem na wierzchu, ale Borczuch zamienił tom, który doprowadzał mnie do szału, w najlepszy fragment swojego spektaklu. I nie, to nie dlatego, że pojawiają się tu dwa męskie penisy.

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

KNAUSGÅRD I BORCZUCH CZYLI SMIECH W ROZPACZY

Realizacji piątego tomu nie rozumiem. W ogóle pominięto w nim Tonje, pierwszą żonę Karla Ovego, pominięto także kwestię debiutu Norwega, a zamiast tego przedstawiono jego pracę w zakładzie dla psychicznie chorych, która jest męcząca pod każdym względem dla czytelnika. W książce te opisy mnie nudziły, niczego nie wnosiły, ani w kwestii fabuły, stylu czy jakości języka. No ale wariaci dobrze się sprzedają, więc czemu nie, można założyć komuś gigantyczną maskę głowy orła i jest jakieś poruszenie na widowni. Natomiast szósty tom broni się tylko tym, że doprowadził mnie do łez ze śmiechu. Wykorzystanie kilkuletnich dziewczynek do spektaklu wywołało uśmiech, ale ponowne granie na udawanym norweskim, tym razem przez Pawła Smagałę, przełamało moją wytrzymałość. Okej, wchodzenie do lodówki w celach kontemplacji też było zabawne. Dravnel ponownie mnie zachwycił, tym razem grając z cieknącą z rozcięcia na nodze krwią.

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

http://trwarszawa.pl/spektakle/moja-walka/

Niektóre sceny były wybitne, niektóre zabiegi artystyczne spowodowały opad mojej szczęki z zachwytu, innych rzeczy można by się pozbyć albo zrobić inaczej. Trzeci tom można było ująć od kwestii przemocy fizycznej i psychicznej ze strony ojca Karla Ovego w stronę jego synów. Tutaj zostało to zupełnie pominięte. Nie podobało mi się wykorzystywanie w tle fragmentów warsztatów, które Borczuch przeprowadził, przygotowując spektakl, bo niczego to nie wnosiło. Natomiast reżyser wspaniale panował nad sceną, wykorzystaniem dostępnej mu przestrzeni, świetnie zagrano światłem i muzyką. No i osobna gwiazdka za wykorzystanie rekwizytu sowy, do której można wejść. Chciałabym mieć taką sowę.

Agnieszka Podsiadlik jako starsza Linda średnio się sprawdziła, natomiast oczarowała mnie Justyna Wasilewska, chyba jedyna z aktorów odporna na emocjonalność pieńka. Jest to o tyle paradoksalne, że grała Szwedki, które z definicji powinny być bardziej amebą człowieka niż przedstawiciele narodu norweskiego. Sebastian Pawlak i Paweł Smagała grali poprawnie z momentami wznoszenia się na wyżyny swoich umiejętności. Sam Pawlak zagarnął też najlepszy epizod chamskiego Karla Ovego, mianowicie w rozmowie z Lindą pokazał, jak Knasugård stawia się w centrum wszechświata, niszcząc wszystkich dookoła. Dobromira Dymeckiego, Lecha Potockiego, Magdalenę Kutę, Marię Maj i Halinę Rasiakównę nie zapamiętam za nic szczególnego. Co do Dravnela mam mieszane uczucia. Na pewno grał z większą werwą w drugiej części, choć ona też wymagała od niego większego zaangażowania i dawała mu przez to więcej możliwości. Natomiast jego urok i czułość sprawdzały się tylko w niektórych momentach, jak we wspomnianej scenie początku znajomości z Lindą. Brakowało mu zupełnie tej oschłości i syndromu chama i nieudacznika, którym Knausgård epatuje w co drugim zdaniu swoich książek, z czym Dravnelowi pomagał nieco Pawlak.

Oprócz ogromnego poświęcenia, jakim jest dotarcie do ATM uważam, że było warto. Obejrzenie sztuki Borczucha ma oczywiście jedynie sens, kiedy czytało się powieści Knausgårda, bo nawet te wszystkie lepsze i gorsze zabiegi artystyczne niewiele pomagają, kiedy dla widza z ust aktorów wydobywa się tylko przeintelektualizowany postmodernistyczny bełkot. Jestem po prostu zachwycona, jak umysł człowieka może ogarnąć to wszystko, co Knausgård napisał, co jest w 80% opisem i/lub wewnętrznym monologiem, i przedstawić na scenie historię człowieka, który niczego w życiu nie dokonał.