moja walka z knausgårdem. feminizm i szwecja.

Gdyby moje teksty na temat „Mojej walki” miały hasztagi, wyglądałyby one pewnie następująco: #prawdziwamęskośćumarła #adolfhitler #problemyzojcem #problemyzseksem #problemyzpisaniem #problemyzżoną #aległupiciszwedzi. Kilkalność robi z pewnością Adolf Hitler, obok którego to kwestia męskości (w Polsce) oraz feminizmu (w Szwecji) była komentowana najbardziej. Po drugiej stronie znajduje się krytyka Szwecji i Szwedów, która jest dość wyraźna u Knausgårda, a nie słyszałam, by odbiła się jakimś echem. A jako że jedną z cech społeczeństwa, którym chełpią się Szwedzi, jest jego wysokie sfeminizowanie i równość, postanowiłam połączyć poniżej oba wątki.  

karl_ove_knausgard

Najgłośniejszą krytyczką Karla Ove Knasugårda jest chyba Ebba Witt-Brattström, która wyciągała fragmenty „Mojej walki” i krzyczała: „AHA! Mężczyźni nadal nas wykorzystują, dając nam fałszywe przeświadczenie o równym podziale obowiązków! Knausgård doskonale to pokazał na swoim przykładzie! On wcale NIE CHCIAŁ zostawać w domu z dziećmi, by jego żona mogła się spełniać! Mężczyźni korzystają z urlopu rodzicielskiego na takich samych prawach jak my, ale spędzają ten czas grając w gry wideo!”. Okej, uporządkujmy trochę sytuację: w Szwecji rodzice mają takie same prawa w zakresie opieki nad dziećmi tak, by równoważyć kwestię wychowywania dzieci i spełniania się zawodowo. Dalej: mamy wykształconą, ale i medialną feministkę, która ocenia stan równouprawnienia w Szwecji i uważa go za pozorny. Wskazuje, że oczywiście, Szwecja promuje niektóre rozwiązania w zakresie równości płci, ale w rzeczywistości często się one nie sprawdzają.

I do tego momentu nie mogę za bardzo się z nią kłócić. Witt-Brattström obserwuje szwedzkie społeczeństwo, w nim żyje i w nim wychowywała swoje dzieci. Wygrywa ze mną i moją wiedzą.

Ale potem Witt-Brattström popiera swoje tezy przykładem Knausgårda i szlag mnie trafia. To najpierw dwa cytaty:

Podstawowa zasada naszego związku mówiła, że dzielimy się wszystkim po równo. Zgodnie z nią było słuszne i sprawiedliwe, że odbiorę dzieci z przedszkola, skoro Linda je tam zaprowadziła. Tylko że ja w międzyczasie pracowałem, a ona nie. Tego dnia wstałem o w pół do piątej, żeby podgonić robotę, zanim dzieci się obudzą, potem pomogłem Lindzie znaleźć ubrania i przygotować się do wyjścia, potem znów pracowałem, a ona w tym czasie siedziała w kawiarni, kupowała ciuchy i dwie szuflady do archiwizowania korespondencji. Jeżeli czas spędzony z dziećmi stanowił pięćdziesiąt procent dnia, a drugie pięćdziesiąt zajmowała praca, to ja wykonywałem siedemdziesiąt pięć procent wszystkich obowiązków, Linda natomiast dwadzieścia pięć.

tom 6, s. 70

Bywały okresy, w których robiłem w domu sam niemal wszystko, a dodatkowo jeszcze pracowałem, w przeciwieństwie do niej, tymczasem ona miała śmiałość powtarzać, że między nami nie ma równouprawnienia, bo chociaż wykonywałem połowę obowiązków twierdziła, że jej połowa jest cięższa. (…) Życie z dziećmi odbierało jej siły, nie była w stanie pracować, ale przecież poświęcaliśmy dzieciom tyle samo czasu, a ja pracowałem. Czy to była pułapka kobiet? Czy Linda zużywała więcej sił na zmianę pieluchy albo pójście na plac zabaw niż ja? W każdym razie tak uważała i bez względu na to, ile ja robiłem, bez względu na to, jak się wysilałem, ciągle było za mało.

tom 6, s. 304

Karl Ove i Linda pojechali naprawdę po bandzie: ustalili, że ma być wszystko po równo i on się tego trzymał. Wykonywał swoje obowiązki zgodnie z umową. Robił to nawet kiedy stało się oczywiste, że on albo zajmował się dziećmi, domem albo pracował, podczas gdy dla niej moment bez potomstwa = relaks. To on zarabiał na utrzymanie rodziny. W dodatku jako pisarz pracował w domu, więc nie tylko nie mógł wyjść do pracy i zapomnieć o dzieciach, ale i potrzebował spokoju w swoim otoczeniu, co przy trójce bąbli nie jest proste. No dobrze, a co jeśli pominiemy to, że Karl Ove umówili się na równy podział obowiązków, to, że on jest artystą i od jego osiągnięć zależy komfort życia całej rodziny, to, że ona czasu bez dzieci nie wykorzystywała na realizację swoich planów/pracę, to przecież nadal możemy mieć do Knausgårda pretensje, że przecież on nie czerpał radości z tej opieki nad dziećmi.

Ebba Witt-Brattström może wskazywać na nierówności płciowe panujące w Szwecji na podstawie „innych”, „przeciętnych” mężczyzn. Nie wykluczam, że są tacy, którzy wykorzystują urlopy rodzicielskie na siedzenie w domu i granie w gry, podczas gdy kobiety poświęcają ten urlop dzieciom. Zostawmy takie jaskrawe kontrasty. W tym wypadku mamy pisarza. Będę się upierać, że bycie artystą uprawnia do innego traktowania rzeczywistości. On ciągle pracuje: nawet kiedy zamyka się w pracowni, nieważne czy maluje, pisze czy fotografuje, siedzi w antykwariacie, czyta czy po prostu patrzy w sufit – to wszystko jest albo może być elementem procesu twórczego. Karla Ovego miał na to bardzo ograniczony czas, jego dni zazwyczaj sprowadzały się do spania, zajmowania się dziećmi, sprzątania i pisana. I naprawdę mu wierzę, że wykonywał więcej obowiązków domowych i rozumiem jego frustrację wywoływaną zachowaniem żony, jej słabościami i zakrzywionym obrazem rzeczywistości. Ich kłótnie, a w efekcie pewnie i rozwód nie wynikał z konfliktu płci tylko z łamania zasad, na które się umówili, a ich nieprzestrzeganie LInda usprawiedliwiała właśnie feministycznymi sloganami. To chyba nie o to chodziło w tych wszystkich ruchach wyzwalających kobiety.

Kiedy chodziłem po mieście z wózkiem dziecięcym i spędzałem dni na pielęgnacji swojego dziecka, wcale nie przydawałem niczego swojemu życiu, nie stawało się ono przez to bogatsze, przeciwnie – coś było z niego ujmowane, zabierana była część mnie, ta, która miała związek z męskością. Nie uświadomiłem sobie tego rozumiem, bo mój umysł wiedział, że postępuję tak z uzasadnionych powodów, mianowicie po to, abyśmy z Lindą mieli równe prawa w relacjach z naszym dzieckiem; powiedziały mi to uczucia, desperacja, która mnie ogarniała, kiedy wciskałem się w formę tak małą i ciasną, że nie miałem żadnej swobody ruchów. Pozostawało pytanie, jaki parametr ma obowiązywać. Jeśli za parametry przyjąć równość i sprawiedliwość, to nie można mieć pretensji, że mężczyźni dookoła zapadają się w miękkość i czułość. Nie można też mieć żalu, że wita się ich oklaskami, bo skoro parametrami są równość i sprawiedliwość, ta zmiana niewątpliwie była zmianą na lepsze, oznaczała postęp. (…) Możliwe też, że te kobiety naprawdę pożądały owych mężczyzn z chudymi ramionami, szerokimi biodrami, ogolonymi głowami, w czarnych designerskich okularach, którzy z takim samym zaangażowaniem rozprawiali o wadach i zaletach szelek do noszenia dziecka w porównaniu z chustą oraz o jedzeniu dla dziecka, co najlepiej przyrządzać samemu, a co ekologicznego można kupić w puszce. (…) W klasie i kulturze, do której należeliśmy, oznaczało to, że oboje podejmiemy się roli, której dawniej określano jako kobiecą. Byłem do niej przywiązany jak Odyseusz do masztu: jeśli chciałbym się uwolnić, mógłbym to zrobić, lecz jednocześnie wszystko bym stracił. Właśnie tak doszło do tego, że nowoczesny i sfeminizowany chodziłem ulicami Sztokholmu, noszą w sobie wściekłego mężczyznę z dziewiętnastego wieku.

tom 2, s. 116-117

I teraz wszyscy na sali buczą, bo Karl Ove ośmiela się nawiązać do jakiś odwiecznych ról kobiety i mężczyzny, tfu, tradycja, bleh, płeć jest performatywna. Nie bronię go bezrefleksyjnie – „zapadanie się mężczyzn w miękkość i czułość” nie jest czymś godnym pogardy, a kobiety pożądające panów o „chudych biodrach, z szerokimi biodrami, ogolonymi głowami, w czarnych designerskich okularach” nie są ułomne. Tylko widzę różnicę między myśleniem tych rzeczy a wcielaniem ich w życie, często z udziałem agresji. Poza tym, poczucie utraty czegoś, jakiejś części osobowości, nie oznaczało, że Karl Ove swoich dzieci nie kochał albo był złym ojcem. No bo zastanówmy się: zaczynamy powoli pozwalać kobietom myśleć i mówić takie rzeczy. Że bycie matką to nie jest zawsze sto procent odlot. Że są trudne chwile. Że bywają momenty, że nawet żałują. Że to boli. Że coś straciły. Zazwyczaj zaraz potem są wymieniane wszystkie wspaniałe rzeczy, które wiążą się z rodzicielstwem, ale krytykując w tym momencie Knausgårda te wszystkie feministki okazują się być wielkimi hipokrytkami. My możemy narzekać na rodzicielstwo a mężczyźni nie? Weźmy też pod uwagę, że wielu panów (Skandynawów) miało przestawić się z tradycyjnej roli mężczyzny w ciągu dwóch pokoleń. Czyli mogli nadal obserwować swoich dziadków, czasami jeszcze ojców, którzy kompletnie się domem nie zajmowali, podczas kiedy oni siedzieli w domu z dzieciakami nawet przez kilka lat. I ja całkowicie popieram taką zmianę, ale też rozumiem, że można czuć rozgoryczenie w takiej sytuacji.

Knausgård pisał sobie takie rzeczy o męskości, a potem Wojciech Engelking z Karolem Owczarkiem i Jackiem Wakarem usiedli sobie w studio i opowiadali, jaki to z Norwega  mazgaj. Bo on CIĄGLE płacze. To jest takie NIEMĘSKIE. No Polak to by był totalnie Janem Vidarem z poniższego fragmentu:

 

Mieli kotkę, Jan Vidar opowiedział, że nie dojrzała do macierzyństwa, albo może coś innego było z nią nie tak, w każdym razie któregoś popołudnia Ellen wróciła do domu i zobaczyła, że młoda matka zabiła wszystkie swoje dzieci, urządziła prawdziwą krwawą jatkę. Jan Vidar śmiał się, kiedy o tym opowiadał, ale ja byłem wstrząśnięty, gdy wyobraziłem sobie, jak to musiało wyglądać. Te piski miauczenie i pełzanie po kocu.

tom 5, s. 453

Bo śmianie się z dzieciobójczej kociej matki jest męskie. Jasne, Karl Ove często wspominał o momentach, które doprowadziły go do łez, jednak nie tłumaczyłabym tego niedoborami mitycznej męskości, ale bardziej empatią, niezarezerwowaną przecież tylko dla kobiet. Poza wykazywaniem się większą wrażliwością niż pobratymcy Knausgård jednak jest pisarzem, co w moim świecie warunkuje większą spostrzegawczość w odbieraniu świata. Niekoniecznie każdy pisarz z definicji jest beską, ale jednak odczuwa albo widzi więcej i umie to przelać na papier. Engelking, sam mający na koncie publikacje, chyba powinien to zrozumieć.

Podobnym brakiem empatii i wrażliwości społecznej wykazywał się dziadek Karla Ovego ze strony matki:

 

-Kto wygra wybory, jak myślisz?

-Wiesz, trudno powiedzieć. Ale mam nadzieję, że Willoch. Ten kraj nie zniesie już więcej socjalizmu, tyle przynajmniej jest pewne.

-A ja liczę na Kvanmo.

            Spojrzał na mnie. Surowo i poważnie. Ale nie, wcale nie, bo już chwilę później się uśmiechał.

-Jesteś taki sam jak matka – oświadczył.

-Wiem. Nie chcę, żeby pieniądze rządziły życiem ludzi. I wolałbym, żebyśmy nie interesowali się wyłącznie sobą, tym naszym grajdołkiem.

-A kim innym mielibyśmy się interesować?

-Tymi, którzy cierpią. Ubogimi. Uchodźcami.

-Ale dlaczego mają tu przyjeżdżać, żebyśmy ich utrzymywali? Możesz mi to wyjaśnić?

-Nie słuchaj go. – Babcia postawiła garnek na kuchence. – On się tylko z tobą drażni.

-Przecież musimy pomagać tym, którym się źle układa.

-Owszem – odparł dziadek. – Tylko najpierw musimy pomóc naszym własnym biednym, a dopiero potem tamtym. Ale im nie chodzi o pomoc, tylko o to, żeby tu mieszkać. My wywalczyliśmy sobie nasz dobrobyt, a oni chcą go przejąć, nic w zamian nie dając. Dlaczego mamy się na to godzić?

tom 4, s. 214-215

I nie jest to rozmowa z dowolnego miejsca w Europie (polecam Europę Środkowo-Wschodnią!) z tego roku lub paru poprzednich lat, a norweskiej farmy trzydzieści lat temu.

Chciałabym wrócić do Ebby Witt-Brattström, którą swoją drogą bardzo cenię, bo oprócz pewnych jej zarzutów, z którymi się nie zgadzam, zwróciła uwagę na dwie ciekawe rzeczy. Pierwsza to taka, że Karl Ove Knausgård czyta głównie męską literaturę. Patrząc na nazwiska autorów, których wymienia w „Mojej walce”, a jest ich sporo, to rzeczywiście jakieś 98% z nich to mężczyźni. I to mnie trochę oburza, ale da się to wytłumaczyć (niekoniecznie obronić): to mężczyznom przez wieki było łatwiej pisać i publikować, naturalnie jest ich więcej na rynku. W mojej prywatnej statystyce płci pisarzy kobiety pojawiają się częściej, ale nadal wypada ona na korzyść mężczyzn. Ale jednak dorastałam na przełomie XX i XXI wieku, czyli pisarki zdążyły trochę „nadgonić” i miałam dostęp do szerokiej gamy literatury młodzieżowej, częściej pisanej przez kobiety.

Druga obserwacja Witt-Brattström dotyczy tego, że Linda jest od robienia dzieci i kłótni. Karl Ove o ważnych sprawach rozmawia ze swoim przyjacielem, Geirem. Mężczyzną. Najbardziej pasjonującą rozmowę Karl Ove prowadzi właśnie z nim, jest rozciągnięta na kilkadziesiąt stron i czyta się ją z zapartym tchem. Ale. Dla Knausgårda przez pierwszą połowę życia to matka była partnerką do rozmów, nie brat czy tym bardziej ojciec. A matka to kobieta. Poza tym, tak trafiło, że jego najlepszym przyjacielem w dorosłym życiu jest mężczyzna. Ja też mogę powiedzieć, że głębokie rozmowy przeprowadzam głównie z mężczyznami. Co to w ogóle za argument w dyskusji o równouprawnieniu? Że jeśli jesteś prawdziwym feministą/feministką, to ważne tematy powinny być dyskutowane z kobietami? A może należy wprowadzić parytet w tym zakresie?

karl_ove_knausgard

-Tak łatwo dać się wchłonąć przez miękkość i ciepło, tak łatwo pozwolić, żeby stały się wszystkim. Ale wtedy nie tworzymy nic oprócz ciepła i miękkości. Ja uważam to za ospałość. Dlatego mam wyłącznie pogardę dla tych mężczyzn, którzy bezmyślnie się w coś takiego wdają. Są za to wychwalani, ale tak naprawdę uciekają przed odpowiedzialnością. Przed większą odpowiedzialnością. Zgadzam się z Karen Blixten, kiedy mówi, że nie da się poszukiwać Graala z wózkiem dziecięcym. You can’t be both. Istnieje tylko jedna męskość. (…) Ale to samo dotyczy się oczywiście kobiet. Istnieje tylko jedna kobiecość. A skoro już to powiedziałem, to dodam jeszcze, że gdybyśmy żyli w latach sześćdziesiątych, kiedy wszyscy mężczyźni pracowali, a wszystkie kobiety zajmowały się domem, to możliwe, że chciałbym zostać w domu z Njaalem. Chyba nie znoszę, żeby moim życiem kierowała obowiązująca, powszechnie przyjęta ideologia. (…) Wiesz, kiedy byłem w Iraku, podczas wojny, bomby spadały tuż obok, a ze mną przeprowadzał wywiad dziennikarz z „Aftonbladet”. Wiesz, o co udało mu się mnie spytać?

            Pokręciłem głową.

-Kto u nas w domu zmywa! Wyobrażasz to sobie?

-I co odpowiedziałeś?

-Oczywiście odmówiłem odpowiedzi na to pytanie. Poza tym mamy zmywarkę.

-To wasze pudełeczko nazywasz zmywarką?

-Nie wolno ci go nie doceniać. Nigdy o nic nie kłóciliśmy się tyle, jak o to, kto pozmywa. Kupiliśmy zmywarkę i wszystkie problemu się rozwiązały.

-Małe problemy, małe zmywarki.

-Ale jak ci się wydaje, dlaczego on mnie o to spytał? Chciał wiedzieć, czy jestem dobrym człowiekiem czy złym. Jeśli zajmuję się pracami domowymi, to jestem dobrym człowiekiem, a jeśli nie, to złym.

tom 6, s. 288-289

Tą wymianą zdań między Karlem Ove a Geirem przechodzą do drugiego wątku: obrazu Szwecji i Szwedów. Super, że mężczyzna zostający w domu, by wychować dzieci, dziwi coraz mniej. Super, że ma do tego możliwości prawne. Z drugiej strony rozumiem pewien opór, kiedy nakazuje się takie postępowanie każdemu. Ale Geir i Karl Ove są Skandynawami, którzy założyli rodziny w XXI wieku – może pewne rzeczy ich oburzają, ale godzą się na nie. Jednak żyją w Szwecji i dochodzi do absurdów takich jak dziennikarze osądzający moralność na podstawie podziału obowiązków domowych.

Aby zbliżyć się do opisywanego środowiska, [Geir] trzy lata trenował boks w pewnym sztokholmskim klubie. Tam wciąż podtrzymywano wartości, które społeczeństwo dobrobytu zniwelowało, takie jak męskość, honor, przemoc i ból, a mnie zainteresował jakże inny obraz społeczeństwa widzianego od tamtej strony, przy tamtym zestawie kultywowanych wartości.

tom 2, s. 166

Wprawdzie w przytoczonym cytacie Knausgård posłużył się terminem „państwo dobrobytu”, jednak patrząc na wcześniejsze fragmenty i znając kontekst jego całej powieści widać, że wytykał zmiany nie we wszystkich “państwach dobrobytu”, a przede wszystkim te zachodzące w Szwecji. Dla obserwatora z zewnątrz kraje skandynawskie są podobne, niemal identyczne, jednak Knausgård punktuje różnice panujące w sąsiadujących narodach.

 

Corę poznałem jako pierwszą spośród przyjaciół Lindy. Kochała Norwegię i wszystko, co norweskie, mieszkała w Norwegii kilka lat i czasami, kiedy się upiła, zaczynała mówić po norwesku. Jako jedyna spośród znajomych Szwedów rozumiała, jak duże różnice dzielą te dwa kraje, i odbierała je w jedyny sposób, w jaki można było je odebrać: ciałem. Demonstrowała, jak ludzie w Norwegii nieustannie wpadają na siebie na ulicy, w sklepach i w środkach transportu publicznego. Jak gawędzą ze sobą w kioskach, kolejkach i taksówkach. Szeroko otwierała oczy ze zdziwienia, śledzą debaty publiczne w norweskich gazetach. Przecież oni się nawzajem obrażają, mówiła nie bez podziwu. Używają wszystkich argumentów! Niczego się nie boją! Nie tylko mają własne opinie o wszystkim, co jest na niebie i ziemi, ale jeszcze mówią rzeczy, jakich nie powiedziałby żaden Szwed, wręcz krzyczą i walą w stół. Ach, jaką to musi przynosić ulgę!

tom 2, s. 489-490

 

A teraz na salę wjeżdżają te wszystkie żarty i historie o Szwedach, którzy to nie usiądą obok kogoś w komunikacji miejskiej jeśli absolutnie nie muszą, którzy umierają w samotności, którzy w pojedynkę robią sobie dzieci, którzy nie śmieją się z niepoprawnie politycznych żartów. Jasne, że są od tego wyjątki, ale poznawszy już sporą grupę Szwedów widzę, że z tymi żartami to lepiej uważać. A debaty szwedzkich polityków w istocie osiągają szczyty nudy i uprzejmości.

 

Szwedzi mają to we krwi, nie ma Szweda, który nie płaciłby rachunków w wyznaczonym terminie, bo jeśli tego nie zrobi, otrzyma upomnienie, a z takim upomnieniem, bez względu na wysokość kwoty, jakiej dotyczy, nie dostanie kredytu w banku, nie wykupi abonamentu na komórkę ani nie wynajmie samochodu. Dla mnie, który nie wykazywał się taką sumiennością i nawykłem do średnio dwóch drobnych windykacji w ciągu pół roku, takie restrykcyjne przestrzeganie terminów pozostawało oczywiście poza zasięgiem możliwości. Jakie są tego konsekwencje, przekonałem się dopiero po kilku latach, ale zdecydowanie mi go odmówiono. Kredyt, panu?! Ale Szwedzi, ci pedanci, bardzo sumiennie podchodzą do życia i gardzą ludźmi, którzy postępują inaczej. Ach, jak nienawidziłem tego małego pieprzonego kraju! W dodatku tyle tu zadufania! Wszystko, co tutejsze, jest normalne, wszystko, co inne – nienormalne. A jednocześnie z otwartymi ramionami przyjmują wielokulturowość i mniejszości! Biedni ci Murzyni, którzy przyjeżdżają z Ghany czy z Etiopii i muszą się zmierzyć ze szwedzką pralnią! Rezerwować czas na pranie z dwutygodniowym wyprzedzeniem i wysłuchiwać reprymend, jeśli zostawią skarpetkę w suszarce, albo witać mężczyznę, który z podszytą ironią życzliwością staje w drzwiach z tą cholerną torbą z Ikei i pyta: „Czy to przypadkiem nie należy do pana?”. Szwecja od siedemnastego wieku nie przeżyła wojny na swoim terytorium; jakże często przychodziło mi do głowy, że ktoś powinien dokonać tu inwazji, zbombardować budynki, zniszczyć ziemię, strzelać do mężczyzn, gwałcić kobiety, a potem pozwolić, by jakiś daleki kraj, na przykład Chile albo Boliwia, przyjął szwedzkich uchodźców, zaoferował im pomoc, ciągle powtarzając, że kocha wszystko, co skandynawskie, a następnie umieścił ich w getcie na obrzeżach jednego z wielkich miast. Tylko żeby zobaczyć, co by wtedy powiedzieli.

tom 2, s. 443-444

 

Wierzę w człowieka. Wiele razy się myliłam co do niego, ale nadal wierzę. Wierzę, że większość ludzi wie, że życzenie Szwecji wojny, wyrżnięcia mężczyzn i gwałtu na kobietach to żart. Czarny, ale dobitny, wiele pokazujący żart. Za każdym razem mnie rozśmiesza, bo ten fragment o pralni, wojnie i uchodźcach jest wspaniałym połączeniem wyśmiania, a jednocześnie docenienia Szwedów. No bo kto powie, że płacenie rachunków w terminie jest czymś złym? Co niepokojącego może być w uporządkowanym terminarzu korzystania z pralni? Przecież to wspaniale, że Szwedzi pomagają uchodźcom (bo wtedy my nie musimy się nimi przejmować!). Świat potrzebuje tych dwóch rzeczy: zasad i dobra. Tylko Szwedzi w jednym i drugim przesadzają i nie mają poczucia humoru, kiedy ktoś im to wypomina. Boże, wysłać takich uporządkowanych Szwedów do Latynosów, którzy prowadzą wojny narkotykowe, są religijni, biją kobiety i wszystko odkładają na Jutro. Genialny, wspaniale zły eksperyment.

 

Nadrzędną zasadą była równość, w konsekwencji zatem to, co narodowe, a więc odrębnie szwedzkie, traktowano jako element wykluczający i dyskryminujący, dlatego postanowiono z niego zrezygnować. W kwestii religii również postępowano z największą delikatnością. Kościół i państwo dawno już się ze sobą rozstały, a teraz posunięto się do tego, że pastorzy, wygłaszając kazania dla uczniów, nie wspominali o Bogu, Jezusie czy Biblii, bo mogłoby to kogoś urazić, wielu uczniów pochodziło przecież z rodzin muzułmańskich. To była ta sama wroga ideologia, która nie potrafiła zaakceptować odrębności tego, co męskie, i tego, co kobiece. Ponieważ zaimki takie jak on i ona definiują płeć, zaproponowano wprowadzenie nowego zaimka, hen, dla obu płci, Człowiekiem idealnym było jakieś hen, które za swoje najważniejsze życiowe zadanie uznawało niedyskryminowanie żadnej religii czy kultury poprzez przyznawanie pierwszeństwa własnej. (…) Ale co właściwie oznacza ta ideologia równości? Akurat opublikowano badanie, z którego wynikało, że różnice między uczniami w szwedzkich szkołach nigdy nie były większe niż teraz. (…) Tendencja wykazana w tym badaniu jest jasna jak kryształ: najsilniejsi uczniowie to ci, którzy mają pochodzenie szwedzkie, najsłabsi wywodzą się ze środowisk imigranckich. Bo jeśli ktoś się przejmuje niedyskryminowaniem ludzi innych nacji i kultur, jeśli nawet posuwa się do usunięcia tego, co Szwedzie, czyni to jedynie w świecie symboli, w świecie flagi i pieśni, natomiast w świecie rzeczywistym wszyscy ci, którzy nie należą do szwedzkiej, wrogiej różnicom klasowym klasy średniej, pozostają na dole i na zewnątrz; większość tak mile widzianych w Malmö imigrantów żyje na przypominających getta osiedlach poza centrum, w nędznych mieszkaniach, bezrobocie wśród nich jest duże, a widoki na przyszłość mroczne.

tom 6, s. 235

 

Knausgård ma rację: obsesja na punkcie tolerancji i świeckości Szwedów przybiera absurdalne oblicza, jednak fakt obecnych albo pogłębiających się różnic społecznych jest wspólny dla wielu krajów. Rodzice, którzy mają pieniądze, zawsze zapewnią swoim dzieciom lepsze możliwości niż inni, niezależnie od tego, na jak wysokim poziomie stoi powszechna edukacja, nieważne czy mówimy o Polsce czy o Szwecji. Jednak w Polsce ten problem dotyczy Polaków, jesteśmy społeczeństwem jednorodnym, więc jeśli nienawidzimy kogoś, to nie dochodzi do tej nienawiści element kulturowy, religijnymi albo etniczny. W Szwecji widać to jak w soczewce, tylko odbywa się to bez agresji. Tam widać jak w soczewce przepaść między „Zachodem” a „Trzecim Światem” z ogromną dozą hipokryzji: Szwedzi, którzy osiągnęli swoje państwo dobrobytu i tak chętnie pomagają Innym, nie dopuszczają Ich do tego, co wypracowali. Różnice się pogłębiają, tak jak stereotypy. Muzułmanie, postrzegani jako potrzebujący, głośni, nieprzestrzegający zasad, niedokształceni, w dużej mierze tacy pozostają, między innymi dlatego, że dzieci z takich rodzin nie mają dostępu do takich samych możliwości jak ich szwedzcy koledzy i koleżanki, chociaż siedzą w tej samej ławce.