moja walka z knausgårdem. istota strategii

Przychodzi na myśl, kiedy widzi się tytuł. Może ktoś zapyta w żartach pod jakim tytułem ukazała się ta książka w Niemczech. Potem się o nim zapomina aż do sceny, w której Karl Ove sprząta dom swoich dziadków. Ale wraca tylko na chwilę, bo tylko tyle Knausgård poświęcił jego książce. Zastanawiał się, jak ona tu trafiła. A potem czytelnik (polski) sobie przypomina: przecież Norwegia też była okupowana podczas drugiej wojny światowej. Ten wątek pojawia się nawet w lekturze szkolnej. Później on znowu zanika aż do szóstego tomu. W końcu czy do promocji czegokolwiek nadaje się coś lepiej niż Adolf Hitler?

knausgård_moja_walka

Esej o Hitlerze ma te same problemy i zalety co szósty tom „Mojej walki”. Knausgårdowi wychodzi świetnie opowiadanie o życiu, potrafi zaangażować czytelnika w najprostsze czynności, wplatać zadania i obrazy, które pozornie nic nie znaczą, a jednocześnie stanowią siłę tekstu. Natomiast dywagacje literacko-filozoficzne… Wiem, że można je zrobić dobrze, więc ośmielę się twierdzić, że Norweg tego nie potrafi. Gdyby wyciąć te fragmenty z eseju i samego tomu, stałby się o wiele lepszy (i lżejszy).

Karl Ove pokazał życie Hitlera podobnie jak pokazywał swoje, zasadniczo trzymając się chronologii. O ile swoje opisał z głowy, tak w przypadku Adolfa musiał sięgnąć do literatury. To sprawiło, że nie odnosił się jedynie do wydarzeń w jego życiu, ale także sposobu, w jaki autor biografii Hitlera je oceniał. Tym źródłem stały się książki Iana Kershawa, których nie znam, ale przez komentarze Knausgårda wydają się być typowymi publikacjami z tezą. Według brytyjskiego historyka każde wydarzenie w życiu Adolfa Hitlera mówiło o jego złej i zepsutej naturze:

 

            Czy to możliwe, aby wszystko, co człowiek robi, również w wieku szesnastu lat, było takie złe i straszne? Kershaw, opisując Hitlera w czasach jego młodości, nieustannie sypie słowami o negatywnym wydźwięku, pisze, że ojciec wyrzucał synowi „lenistwo i bezcelową egzystencję”, podczas gdy sam „dzięki pracowitości, pilności i wysiłkowi przeszedł drogę od skromnych początków do szanowanej i godnej pozycji”, natomiast jego syn „choć miał o wiele lepszy punkt wyjścia, uznał, że nie ma nic lepszego do roboty, niż marnować czas na rysowanie i mrzonki”. Robienie z ojca bohatera, a z Adolfa łotra, skoro dowody są na to, że Alois bił syna do nieprzytomności i był pod każdym względem tyranem domowym, to gruba przesada.

tom 2, s. 491

Ta frustracja Knausgårda wyrażona w pierwszym zdaniu przytoczonego cytatu pozornie nie ma znaczenia dla czytelnika. W końcu pisarz irytuje się na jakiegoś historyka za to, jaką ten przyjął narrację o Hitlerze. I jasne, każdy ma jakieś myśli o Hitlerze, jest to tak pewne jak posiadanie koncepcji boga. Jednak jaki to ma związek z samym Knausgårdem? Biografia Hitlera wiąże się z nim jako osobą i pisarzem. W ogólnej analizie: jak można wiązać czyjeś czyny z dzieciństwa, ba, samo bycie noworodkiem, z czynami popełnionymi w późniejszym życiu?

 

A któż to jest ten mały dzi­dziuś w ka­fta­ni­ku?
Toż to mały Adol­fek, syn pań­stwa Hi­tle­rów!
Może wy­ro­śnie na dok­to­ra praw?
Albo bę­dzie te­no­rem w ope­rze wie­deń­skiej?
Czy­ja to rącz­ka, czy­ja, uszko, oczko, no­sek?
Czyj brzu­szek pe­łen mle­ka, nie wia­do­mo jesz­cze:
dru­ka­rza, kon­sy­lia­rza, kup­ca, księ­dza?
Do­kąd te śmiesz­ne nóż­ki za­wę­dru­ją, do­kąd?
Do ogród­ka, do szko­ły, do biu­ra, na ślub
może z cór­ką bur­mi­strza?

Bobo, anio­łek, kru­szy­na, pro­my­czek,
kie­dy rok temu przy­cho­dził na świat,
nie bra­kło zna­ków na nie­bie i zie­mi:
wio­sen­ne słoń­ce, w oknach pe­lar­go­nie,
mu­zy­ka ka­ta­ryn­ki na po­dwór­ku,
po­myśl­na wróż­ba w bi­buł­ce ró­żo­wej,
tuż przed po­ro­dem pro­ro­czy sen mat­ki:
go­łąb­ka we śnie wi­dzieć - ra­do­sna no­wi­na,
te­goż schwy­tać - przy­bę­dzie gość dłu­go cze­ka­ny.
Puk puk, kto tam, to stu­ka ser­dusz­ko Adolf­ka.

Smo­czek, pie­lusz­ka, śli­nia­czek, grze­chot­ka,
chłop­czy­na, chwa­lić Boga i od­pu­kać, zdrów,
po­dob­ny do ro­dzi­ców, do kot­ka w ko­szy­ku,
do dzie­ci z wszyst­kich in­nych ro­dzin­nych al­bu­mów.
No, nie bę­dzie­my chy­ba te­raz pła­kać,
pan fo­to­graf pod czar­ną płach­tą zro­bi pstryk.

Ate­lier Klin­ger, Gra­ben­stras­se Brau­nau,
a Brau­nau to nie­wiel­kie, ale god­ne mia­sto,
so­lid­ne fir­my, po­czci­wi są­sie­dzi,
woń cia­sta droż­dżo­we­go i sza­re­go my­dła.
Nie sły­chać wy­cia psów i kro­ków prze­zna­cze­nia.
Na­uczy­ciel hi­sto­rii roz­luź­nia koł­nie­rzyk
i zie­wa nad ze­szy­ta­mi.

 

wisława szymborska, pierwsza fotografia hitlera

 

Jeśli potraktujemy Hitlera jako „złego człowieka”, już jako dziecko czy nastolatek przejawiającego bezwarunkowo negatywne cechy charakteru, wskazujące na jego później eskalujące „zło”, to Hitlera należy do „innych”, nie jest jednym z nas, a wtedy rodzi się problem, bo wówczas my sami w pewien sposób odcinamy się od zbrodni, które on i Niemcy później popełnili, ponieważ stają się one czymś, co zrobili „oni” i co nie jest już dla nas niebezpieczne. (…) Kershaw, a wraz z nim już prawie dwa pokolenia, potępia Hitlera i całą jego istotę, tak jakby wskazywanie na jego niewinność w wieku dziewiętnastu czy dwudziestu trzech lat lub podkreślanie dobrych cech charakteru, które miał do końca życia, oznaczało stawanie w jego obronie, a zatem w obronie zła. Właściwie jest wprost przeciwnie: tylko jego niewinność może nadać ciężar jego winie.

tom 6, s. 532

Nie wiem czy Szymborska zgodziłaby się z diagnozą Knausgårda, zawartą w ostatnim zdaniu, ale jedno ich łączy, jako artystów i nie-historyków: nie można doszukiwać się cech i dowodów na przyszłe zbrodnie człowieka w jego przeszłości. Wchodzimy tu już w pole dyskusji na pograniczu socjologii i psychologii, więc wróćmy do literatury i dalszych problemów z Kershawem, już w szczegółowej analizie.  

 

Spędzał dni na rysowaniu, malowaniu, czytaniu i pisaniu „wierszy”; wieczorami chadzał do teatru albo do opery; a przez cały czas śnił na jawie, marzył i fantazjował o swojej przyszłości wybitnego artysty. Przesiadywał do późna w nocy i spał do południa. Nie miał przed sobą żadnego celu. Próżniaczy styl życia, pretensjonalność fantazji, brak systematyczności w pracy – wszystkie cechy późniejszego Hitlera – można dostrzec już w czasie tamtych dwóch lat w Linzu. (…) Ileż pogardy tkwi w cudzysłowie wokół słowa „wiersze”! I jaką mieszczańskością trąci krytyka przesiadywania do późna w nocy i spania do południa! (…) Zastąpmy nazwisko Hitlera na przykład „Rilkem” i wyobraźmy sobie, iż ktoś napisał o młodym poecie, że kiedy miał szesnaście lat, był leniwym pasożytniczym próżniakiem, który śnił na jawie i fantazjował o swojej przyszłości wybitnego artysty, niezdolny do systematycznej pracy, przesiadywał do późna w nocy i spał do południa – po przeczytaniu tak potępiającej tyrady w biografii Rilkego od razu nasunęłoby się pytanie o poglądy autora takiej wypowiedzi na człowieka i na sztukę. Wszystko, co wiąże się ze sztuką, Kershaw postrzega negatywnie, ponieważ znajduje się ona na biegunie przeciwnym do prawdziwej pracy.

tom 6, s. 491-492

 

Przecież to wypisz wymaluj Knasugård. Co więcej: Karl Ove i Kai-Åge Knausgård, zestawieni z Adolfem i Aloisem Hitler. Ian Kershaw wyznacza brytyjską, mieszczańską drogę dobrego życia: należy być pracowitym, mieć uczciwą pracę, najlepiej w służbie publicznej – to decyduje o byciu dobrym człowiekiem. Natomiast „marnotrawienie czasu na rysowanie i mrzonki” oznacza lenistwo i upadek, niepowodzenie w dorosłym życiu. Zabieg z Rilkem jest świetny: gdyby Hitler został artystą i przekazał coś światu za pomocą swoich dzieł, nikt by nie mówił o jego poświęceniu się kulturze za młodu jako o „próżniaczych latach”. Gdyby Karl Ove nie odniósł sukcesu (niekoniecznie gdyby zamiast tego został seryjnym mordercą), jego próby pisarskie pozostałyby pewnie rodzinną anegdotką, opowiadaną z pobłażliwym uśmiechem.

Ojciec Karla Ovego bił synów jak tak Alois bił swoich. Ojciec Karla Ovego był nauczycielem, a więc miał stabilną, szanowaną pracę, tak jak Alois-urzędnik. Karl Ove spędził młodość na słuchaniu muzyki, niepowodzeniach w karierze muzycznej, czytaniu i testowaniu swoich sił jako pisarz. Adolf próbował wszystkiego: chciał być malarzem, poetą, tworzyć opery. Jasne, czasy były inne, inne były okoliczności i kraje, a może Karl Ove jednak jest hipokrytą, czerpiącym korzyści zarówno z pochodzenia mieszczańskiego i chłopskiego. W końcu rodzina jego ojca należała do dobrze sytuowanej norweskiej klasy średniej, dla której liczyło się posiadanie fachu w rękach i uporządkowane życie. Natomiast rodzina jego matki, prowadząca gospodarstwo, z szalonym wujkiem poetą komunistą, reprezentowała inne wartości i to ze strony matki Karl Ove otrzymał najwięcej wsparcia. Nie wspominając o wychowywaniu się w jednym z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi oraz posiadaniu kredytu studenckiego, dzięki któremu Knausgård mógł przebimbać większość studiów i „marnotrawić czas na pisanie”. Miał więc względną stabilność finansową i wsparcie mamy. Nie cierpiał biedy tak jak Adolf i w końcu został słynnym pisarzem. Mimo to rozumiem jego wściekłość na tak przedmiotowe traktowanie dostępu kultury i współuczestniczenie w niej. Tylko dlatego, że ktoś nie odniósł sukcesu jako artysta nie powinno dyskwalifikować go jako człowieka.

 

Tożsamość artysty była dla niego ważna, tyle sił włożył, aby ją utrzymać, najpierw sprzeciwił się woli ojca, następnie woli matki, a po ich śmierci woli rodziny i opiekuna prawnego. Wszyscy oczekiwali, że podejmie zwyczajną pracę, dojrzeje, zacznie zarabiać, założy własną rodzinę.

tom 6, s. 496

 To równie dobrze może być zdanie z biografii Karla Ove Knausgårda jak i Adolfa Hitlera.

knausgård_moja_walka

Podobieństwa między nimi można znaleźć również w ich relacjach z kobietami.  

 

Hitler ma silnie rozwinięty lęk przed intymnością, a w tym zawiera się również lęk przed seksualnością, nie radzi sobie z takimi aspektami życia jak cielesność i fizyczność, a także bliskość.

tom 6, s. 701.

 

Na co narzekałam głównie podczas czwartej i piątej części? Karl Ove, kiedy nie myślał o literaturze, myślał o seksie. Jego życie intymne było pełne niepowodzeń i frustracji. Jasne, znowu można argumentować, że koniec końców Karl Ove założył rodzinę i jest kochającym ojcem, a lęk przed intymnością nie jest ekskluzywną przypadłością. Hitler oczywiście miał skrajny problem z kobietami i budowaniem z nimi relacji. Dla Knausgårda niepowodzenia w zbliżeniu się z kobietą przekreślały całą relację, nawet jeśli była ona podparta silnym zauroczeniem, a to już jest jednak większy problem niż zwykła nieporadność we flirtowaniu.  

Jednak jest coś, co Hitler miał, a czego brakowało Karlu Owemu: charyzmy. I to jest przyczyna, środek, powód, sposób, to coś, co sprawiło, że Adolf Hitler mógł zostać tym, kim został.

 

Charyzma jest jedną z dwóch wielkich przekraczających granice sił w tym, co społeczne. Drugą jest uroda. Rzadko mówimy o tych siłach, obie bowiem pochodzą od danej jednostki, nie można się ich wyuczyć ani ich zdobyć, no i w naszej demokracji, w której wszyscy z założenia powinni być traktowani równo, a wszystkie relacje mają być sprawiedliwe, nie można ich uznać za wartość, chociaż powszechnie je znamy i wiemy, co znaczą. (…) Ale w sali wykładowej uwaga mężczyzn nie skupia się na tej kobiecie, która wysuwa najtrafniejsze argumenty, mądrze i zrozumiale mówi o Adornie czy de Beauvoir, lecz na tej, która jest najurodziwsza, i dzieje się tak we wszystkim pomieszczeniach, gdzie gromadzą się mężczyźni i kobiety, na plażach i w mieszkaniach, w kolejkach na prom i w przedziałach w pociągu; urodę ceni się najwyżej, przesłania wszystko inne, zawsze się ją dostrzega i świadomie lub nieświadomie pragnie się do niej zbliżyć. Zjawisko to jest przemilczane, nie uznajemy go za istotny czynnik w tym, co społeczne, lecz odpychamy, stosując odpowiednie mechanizmy wypierania, nazywając to głupotą, niedojrzałością, brakiem ogłady, może nawet prymitywizmem, a jednocześnie dopuściliśmy jego istnienie w sferze komercyjnej, tam otacza nas ono ze wszystkich stron, gdziekolwiek się obrócimy, widzimy pięknych ludzi. (…) Uroda należy do ciała i do twarzy, jest zewnętrznym wyrazem „ja”, czymś w rodzaju maski „ja”, a jej niezmienność i nieosiągalność jako czegoś, co nie zostało wybrane, lecz dane z góry, dyskwalifikuje ją, bo po nazizmie nie możemy już przyznać wartości temu, co człowiekowi dane z góry, przecież to stosowany przez nazistów podział tego, co ludzie, na takie kategorie w końcu doprowadził do ostatecznej katastrofy.

 

tom 6, s. 714-715

 

I tak oto Karl Ove połączył jedną z wartości kapitalizmu z nazizmem. Więc na koniec, już dla własnej satysfakcji, cytuję fragment, w którym Knausgård pokazuje, że Hitler nie był komunistą:

Widząc tak wielką niesprawiedliwość społeczną, nie upatrywał jej przyczyn przede wszystkim w relacjach między klasami społecznymi i szukał rozwiązania nie tam, tylko w relacjach między narodami. W Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, o której marzył, granice miały przebiegać nie między klasą robotniczą a burżuazją czy między burżuazją a arystokracją, lecz między Niemcem a nie-Niemcem. Właśnie z tego względu już jako osiemnastolatek był z przekonania antymarksistą. Międzynarodowa orientacja marksizmu przeczyła wszystkiemu, co uważał za najistotniejsze. Z tego samego powodu był antykapitalistą. A to, że na własnej skórze poznał biedę i właśnie w Wiedniu zobaczył jej odbierające człowieczeństwo konsekwencje, z pewnością jest istotne dla wyrażanych w Mein Kampf poglądów na społeczną nędzę, którą rozumiał raczej jako konsekwencje kruszejącej podwójnej monarchii i międzynarodowego kapitalizmu niż problem struktury klasowej.

tom 6, s. 552

Niektórzy biadolą „olaboga ile Knausgård napisał o Hitlerze” albo „Knausgård nie ma prawa pisać o Hitlerze bo pochodzi z narodu wolnego od Holocaustu” i w ten sposób pomijają kluczowy dla „Mojej walki” zabieg literacki. Tu nie chodziło o fascynację Hitlerem, wywołanie dodatkowego skandalu poprzez nawiązanie tytułem do jego książki. Karl Ove Knausgård odnalazł siebie w Adolfie Hitlerze, a swojego ojca w ojcu Hitlera. Bo w końcu ta książka powstała z powodu Kai-Åge Knausgårda.