moja walka z knausgårdem. relacja polityka-wojna

Najpiękniej pisze o miłości. Najbardziej wciąga przy analizowaniu życia Hitlera. Najbardziej porusza przy opisywaniu relacji z ojcem. Talent i kunszt ujawnia przy prezentacji przyrody i sprzątania. Ma okropną manierę wypisywania synonimów, które w jego wypadku naprawdę niczemu nie służą poza nabiciem kolejnego akapitu. Zanudza esejami literaturoznawczymi. Wywołuje skrajne emocje u czytelnika, od zachwytu, przez współczucie, po obrzydzenie. A wszystko z powodu ojca.

karl_ove_knausgård

 

            Cieszyłem się, że nie muszę mieszkać z tatą. Nienawidziłem go, bałem się go i kochałem go.

            Tak było.

            Teraz napisałem o nim powieść. Nie jest to dobra powieść, ale też i on nie miał dobrego życia. To było jego życie, skończyło się w fotelu w domu w Kristiansand, ponieważ tata dotarł do punktu, w którym porzucił wszelką nadzieję. Nadziei już nie było. Wszystko zostało zniszczone. Więc umarł.

            Mogliśmy tam wcześniej pojechać, siłą położyć go w szpitalu, gdyby się dało, albo w jakiś inny sposób go stamtąd wyciągnąć. Ale tego nie zrobiliśmy. Nie żałuję. On tego chciał, a był naszym ojcem. Jestem jego synem. Historia o nim, Kaiu Ågem Knausgårdzie, to historia o mnie, Karlu Ovem Knausgårdzie. To ją opowiedziałem. Przesadzałem, dodawałem, odejmowałem i wielu rzeczy nie zrozumiałem. Ale to nie jego opisałem, tylko jego obraz, który w sobie noszę. Jest już skończony.

tom 6, s. 995

 

To książka o moim ojcu i jego śmierci.

 tom 6, s. 826

  

Może od samego początku byliśmy oszukiwani, wodzeni za nos. Może daliśmy się wciągnąć w jakiś zaplanowany projekt, uczestniczyć w czyjejś terapii. Niewykluczone, że po części to prawda, ale to nie główny powód powstania książki. Może sam Knausgård nie wiedział, czego oczekuje od niej oczekiwał, co miała mu dać, dlaczego ją pisał. Nie wiedział aż do ostatnich stron ostatniego tomu, kiedy odkrywał prawdę tylko chwilę wcześniej niż czytelnik. Wierzę, że tak mu po prostu wyszło. Musiał opisać to całe swoje nudne życie, doprowadzając mnie do szału i do rozpaczy. Robił to dla siebie. I choć taka perspektywa jest zaskakująca, może i bolesna dla czytelnika, to odbiorca „Mojej walki” nigdy nie był w centrum uwagi pisarza. W tym zawiera się beznadzieja i piękno tej książki, dlatego wzbudza takie emocje i dlatego Knausgård już nigdy nie powtórzy takiego sukcesu. Spełnił swoje marzenie będąc w sile wieku i już do śmierci będzie żył w cieniu tego sukcesu. Nie wiem czy było warto, może kiedyś uda mi się go o to zapytać. Pomimo tego, że zupełnie nie przejmował się emocjami czytelnika, to ja mam nadzieję, że poczuł się lepiej.

 

            W trakcie pracy nad książką o niczym takim nie myślałem, ani o przedstawianiu rzeczywistości, ani o integralności mojego ojca, wszystko działo się intuicyjnie, zacząłem od czystej kartki i woli pisania, a skończyłem na konkretnej powieści.

 tom 6, s. 166.

 

Tomy zostały ułożone w taki sposób, by to trzeci koncentrował się na relacji Karla Ovego z ojcem. Opowiedział w nim o swoich najmłodszych latach, wypełnionych strachem o reakcję głowy rodziny na każdą rzecz, którą zrobił jego młodszy syn. Zachowanie w domu, poza nim, o czym mówił i o czym milczał, jak zachowywał się na basenie i w sklepie. Nie chcę przesadzać i twierdzić, że widać wpływ tej zależności we wszystkim, co Karl Ove robił później, nawet po śmierci Kaia Åge, ale jest to zauważalne przynajmniej w części wydarzeń. Posiadanie ojca znęcającego się fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, zniszczyło Karla Ovego, niezależnie od tego, jak dobrze sobie radził w życiu. W końcu został kochającym ojcem, który nigdy nie uderzyłby swoich dzieci.

           

            Prawdą było, że siadając do pisania tej powieści, nie miałem nic do stracenia. Dlatego ją napisałem. Byłem nie tylko tak sfrustrowany, jak można być, kiedy ma się małe dzieci, mnóstwo obowiązków i musi się rezygnować z siebie, byłem po prostu nieszczęśliwy, tak nieszczęśliwy jak nigdy przedtem, i byłem zupełnie sam. Uważałem, że wiodę okropne życie, tak je postrzegałem, miałem okropne życie, a brakowało mi sił i kręgosłupa, by je porzucić i zacząć wszystko od nowa. Często myślałem o odejściu od Lindy, niekiedy kilkakrotnie w ciągu dnia, ale nie umiałem tego zrobić, to było niemożliwe, nie potrafiłem znieść myśli o konsekwencjach, jakie by to miało dla Lindy i jej życia, bo ona najbardziej bała się tego, że odejdę albo że umrę. Bałem się też jej gniewu. I bałem się gniewu jej matki. Nie byłem w stanie stawić czoła tym ogromnym wyrzutom, które by na mnie spadły, poczuciu zdrady, której dokonałbym wobec Lindy i wobec naszych dzieci. Ale właśnie z tej przyczyny podjąłem decyzję napisania powieści, w której kompletnie na nic nie będę się oglądał i w której nazwę rzeczy po imieniu, opowiem dokładnie, jak to wygląda. Dopiero kiedy tekst był gotowy do wydania, dotarło do mnie, co zrobiłem. Jeszcze raz przeczytałem całość, wykreśliłem to, co najgorsze. Nie o Lindzie, tylko o ludziach wokół niej. No i wpisałem w tę opowieść historię naszej miłość, bo za jej sprawą stałem się tym, kim byłem. Jak dwoje ludzi, kochających się tak mocno i tak czysto, ludzi o tak gorących sercach, może popaść w taki mrok, w taką nędzę? To wcale nie powszedniość sprowadziła ten mrok, z całą pewnością. Nie miałem nic przeciwko zmienianiu pieluch, rozbieraniu i ubieraniu, zaprowadzaniu do przedszkola i przyprowadzaniu do domu, chodzeniu do parku, bawieniu się, szykowaniu obiadu, zmywaniu i praniu. Nie poradziłem sobie natomiast z wykonywaniem tego wszystkiego i dodatkowo z pisaniem, z wysłuchiwaniem wyłącznie samych wyrzutów, że za mało robię, no i z tym, że za każdym razem, gdy chciałem zająć się czymś innym, słyszałem protest, ponieważ ona nie może zostać sama z dziećmi.

(…) W tym obrazie to ona pełniła funkcję osi napędzającej całe życie rodziny i poświęcającej się; nawet gdy ze ścierką w ręku pucowałem i czyściłem łazienkę, a ona się przyglądała, krytykując moją przesadną dokładność, przez którą nigdy nie skończę, chociaż sama nigdy niczego nie umyła, w tym obrazie to ona utrzymywała we wszystkim porządek. Nawet kiedy ze złamanym trzy dni wcześniej obojczykiem wychodziłem z dwoma wózkami, żeby zaprowadzić dziewczynki do przedszkola, i musiałem w dodatku zabierać ze sobą Johna, bo ona była „zmęczona” i chciała pospać jeszcze trochę, w tym obrazie to ona robiła wszystko przy dzieciach i się zaharowywała. Często kładła się do łóżka i spędzała tak kilka dni z rzędu, stale coś ją bolało, albo gardło, albo brzuch, albo głowa, wszystko jedno, była chora, więc nic nie mogła zrobić, a ja w te dni musiałem zajmować się całym domem. Sam nigdy nie chorowałem. A nawet kiedy chorowałem, Linda nie przyjmowała tego do wiadomości. Raz w Sztokholmie, kiedy miałem czterdzieści stopni gorączki, stwierdziła, że jak typowy mężczyzna kładę się do łóżka z najbanalniejszych powodów, a ona zawsze znosi taki błahostki bez najmniejszej skargi.

 (…) Czas, który spędzałem na pisaniu, zdawała się traktować jako godziny przeznaczone tylko dla mnie, jako mój czas wolny, poświęcany wyłącznie sobie, a kiedy w końcu wychodziłem z pracowni, już czekały na mnie kolejne obowiązki, bo wtedy ona musiała mieć czas dla siebie.

(…) To było szaleństwo, kompletne szaleństwo, bo nie potrafiłem skorygować tego obrazu, a nawet gdy próbowałem, ona mówiła tylko, że nie dostrzegam ani jej, ani jej poświęcenia, że to typowe dla mężczyzn, kobiety robią wszystko, ale ich wkład pracy pozostaje niewidzialny, natomiast wysiłki mężczyzn się podkreśla.

(…) Raz kiedy Linda i ja wrzeszczeliśmy na siebie w kuchni, cała trójka nagle stanęła w drzwiach, ustawiona według wzrostu, a gdy po odkryciu ich obecności jakoś się uspokoiliśmy, Vanja weszła do kuchni i zrekonstruowała całą sytuację. Tatuś krzyczał i walił pięścią w stół w tym samym miejscu, mama krzyczała i rzucała kubkiem o podłogę w tym. Popatrzyliśmy z Lindą na siebie, ona blada jak ściana, bo oboje uzmysłowiliśmy sobie, co robimy. To nie powinno trwać, ale trwało. Mogłem o tym pisać, z jednego powodu: ponieważ doszedłem do punktu, w którym nie miałem już kompletnie nic do stracenia. Świadomość, że Linda będzie to czytać, nie odgrywała żadnej roli, niech sobie czyta i zrobi z tym, co chce. Jeżeli będzie chciała odejść, niech sobie idzie. Gówno mnie wszystko obchodziło. Budziłem się nieszczęśliwy, nieszczęśliwy przeżywałem dzień i nieszczęśliwy kładłem się spać.

tom 6, s. 938-942

 

Im bliżej było końca tomu szóstego, a tym samym końca całego cyklu, Knausgård pozwalał sobie na coraz więcej tego typu wyznań. Potrafiły ciągnąc się przez kilka stron, niemal nieprzerwane akapitami. Wybrałam to powyższe, ponieważ ujawnia inną naturę „Mojej walki”. Bo to, że Karl Ove zaczął ją pisać przez ojca, to już przyznał. A teraz ujawnił, dlaczego ona wyglądała tak, jak wyglądała: naga, brutalna, bezkompromisowa, momentami nawet nieludzka. Wynikało to z natury związku z drugą żoną i założonej z nią rodziny. Odczuł już wcześniej piętno życia ze swoim ojcem, dręczyło go to i męczyło, ale dopiero małżeństwo z Lindą, która prawdopodobnie była miłością jego życia, doprowadziło go na skraj, do miejsca, z którego pisarz spada w przepaść. Świadomość tego, że nie może już się nigdzie cofnąć sprawiła, że otworzył się całkowicie. Miłość jego życia zawiodła – jako koncept, bo to, że osoba go reprezentująca to zrobi, przeżył już wcześniej. Teraz stracił jeszcze nadzieję i ideę. Zyskał pieniądze i rozpoznawalność razem z miejscem w historii norweskiej literatury. Może nadal stoi nad krawędzią, jednak już nic nie sprawi, że będzie musiał skoczyć w przepaść. W końcu w 2016 roku Karl Ove i Linda rozwiedli się.

Opisy kobiet, z którymi był wcześniej związany, powstały jeszcze pod wpływem żyjącego konceptu miłości. Ciemność i zło w nim żyły, ale trzymał je w sobie, zamknięte. Dopiero przy Lindzie wszystko to, co najgorsze, wydostało się na zewnątrz.

 

            Gunvor nigdy mnie nie skrzywdziła. Zawsze była dla mnie dobra i zawsze chciała dla mnie dobrze. Nie miała żadnych rys, wad ani usterek. Chciała dobrze i robiła to, co dobre. Rysy, wady i usterki miałem ja. Starałem się je przed nią ukrywać najlepiej, jak umiałem, na ogół z powodzeniem, lecz cały czas we mnie tkwiły, sprawiały, że rzucałem cień, który przyprawiał mnie o wyrzuty sumienia. Chciałem się od niego oderwać, chciałem być sam, wtedy by zniknął, ponieważ nie dotykałyby nikogo innego i pozostawał jedynie czymś, co jest tylko moje. Lecz abym mógł zostać sam, musiałbym z nią zerwać, zakończyć związek, w którym tak się zaangażowała i w który do pewnego stopnia zaangażowałem się również ja. Często mówiła, że mnie kocha, a ja za nic w świecie nie chciałem jej zranić, nie chciałem się od niej odwracać, od tej dziewczyny, która patrzyła na mnie z takim ciepłem w oczach.

tom 5, s. 560-561

 

            Kiedy się z nią związałem, coś jakby ze mnie wyssano. Ciemność pojaśniała, to, co kalekie, wyprostowało się, a najdziwniejsze było to, że stało się tak wcale nie pod wpływem działania z zewnątrz, to nie Gunvor rozjaśniła mój mrok, to się działo we mnie, ponieważ patrzyłem na siebie jej oczami, a nie tylko własnymi, no a w jej oczach nie było we mnie nic złego, przeciwnie. Takie nastąpiło przesunięcie. Kiedy byłem razem z Gunvor, nie chciałem już dla siebie źle.

tom 5, s. 364

 

            Tonje był Tonje, bez względu na to, czy będziemy małżeństwem, czy nie. Ale mimo wszystko. Nie znałem nikogo w moim wieku, kto by się już ożenił, małżeństwo było przypisane do poprzednich pokoleń, pozostawało dziewiętnastowiecznym anachronizmem, wymyślonym z powodu sztywnej moralności seksualnej i równie sztywnego podejścia do człowieka, nakazującego, aby kobieta siedziała w domu z dziećmi, a mężczyzna pracował, równie staroświeckiego jak cylinder i nocnik, jak esperanto i parostatek. Dla człowieka naszych czasów rozsądnym rozwiązaniem było nie brać ślubu, dla człowieka naszych czasów rozsądnym rozwiązaniem było zamieszkać razem, darzyć się wzajemnym szacunkiem ze względu na nasze wnętrze, a nie uzależniać się od form zewnętrznych. Nic nie nakazywało nam brać ślubu, to kojarzyło się z rozlazłą parą, która w rozciągniętych spodniach od dresu ogląda wieczorami wideo, płodzi kilkoro dzieci, rozstaje się i zajmuje się nimi na zmianę co dwa tygodnie. Mogliśmy osiągnąć godne życie środkami, które nasze czasy dawały nam do dyspozycji. To było rozsądne i słuszne. Ale miłość nie miała nic wspólnego z rozsądkiem, miłość nie miała nic wspólnego z dostosowywaniem się do czasów, miłość nie miała nic wspólnego ze słusznością, była czymś więcej, musiała być czymś więcej, więc, do jasnej cholery, dlaczego nie wyciągnąć z mroku czasów małżeństwa i ponownie nie ubrać miłości w jego formę? Dlaczego nie użyć wielkich słów? Dlaczego nie przysiąc uroczyście, że będziemy się kochać do kresu dni? Dlaczego nie upierać się przy głębokiej powadze, która się z tym łączyła?

tom 5, s. 679

 

Jego powaga i dojrzałość przy jednoczesnym braku odrzucającej mnie patetyczności przy pisaniu o miłości sprawiają, że Knausgård stał się w moich oczach najlepszym współczesnym pisarzem, który potrafi coś powiedzieć o współczesnej miłości. Emocje, przede wszystkim te skraje – miłość i śmierć, potrzebują innego pisarza w każdej epoce. Można się kłócić, że do pewnego stopnia uczucia są uniwersalne, ale tak jak są indywidualne i pojmowane inaczej przez każdego człowieka, tak w różnych dekadach potrzebują swojego artysty. I właśnie sposób Knausgårda najbardziej do mnie przemawiół. Uzupełnia się z Royem Jacobsenem, który z kolei po mistrzowsku panuje nad śmiercią, przy której to Knausgård jest zbyt patetyczny i nieuczciwy.

 

            Wielkie kłęby mgły unosiły się nad gęstymi, ciemnozielonymi, niemal czarnymi świerkami na zboczu po drugiej stronie jeziorka. Była dziewiąta. Mama poprosiła, żebym na drodze przy bramie ułożył świerkowe gałęzie, tak nakazywał stary obyczaj. Poszedłem tam w deszczu, ułożyłem gałęzie na żwirze i spojrzałem na dom, na okna jaśniejące o szarym poranku. Płakałem. Nie nad śmiercią i zimnem, tylko nad życiem i ciepłem. Płakałem nad dobrocią istniejącą na świecie. Płakałem nad światłem we mgle, nad żywymi w domu zmarłego i pomyślałem, że nie mogę zmarnować życia.

tom 5, s. 583

 

W ten płacz mu nie wierzę. Wyznania o niemarnowaniu życia są pretensjonalne. Ale za pomocą słów Knausgård rysuje jasny, wyraźny obraz tego, co się dzieje dookoła. Czasem opisuje przyrodę zawile, używa zbyt wielu przymiotników jakby nie mógł zdecydować się na ten jeden idealny, ale kryje się w tym pewna magia. U niego przyroda zawsze jest dzika i romantyczna, nawet w scenerii zdominowanej przez ludzi i industrializm. Doceniam to tym bardziej, bo jestem osobą, która chce człowieka i ludzkich emocje, nie czuję przyrody w literaturze. Knausgård jest wyjątkiem.

karl_ove_knausgård_moja_walka

 

            Natomiast homary ze swoimi przypominającymi stal czarnymi pancerzami, podobnymi trochę do niektórych zbroi używanych w renesansowych Włoszech, czarnymi i podzielonymi na ogniwa, były niewątpliwie piękniejsze jako żywe niż wówczas, gdy wrzątek w jednej chwili jak pstryknięciem kończył ich życie, a w skorupce pojawiał się czerwony, wręcz bliski pomarańczu kolor. Owszem, homar wyglądał wtedy bardziej wykwintnie i elegancko, ale w porównaniu z pięknem jego czarnej wersji, kojarzącej się jeszcze z jego siłą i mocą, wyrafinowanie rumieńca było niczym. Inaczej niż z krewetkami. Żywe wyglądały jak coś w rodzaju urzędniczek morza, martwe przypominały kompanię baletnic.

tom 6, s. 346

 

Po tym, jak przez czterysta stron Knausgård wybierał się po te krewetki, czytelnik dostaje taki fragment. I ja nie mam pretensji.

Podobny poziom narracji Knausgård prezentuje przy innych rozważaniach, na przykład na temat życia samego w sobie. W poniższym przykładzie spełnia sen Janusza Korwina-Mikkego:

 

            Kiedy pierwszy raz pracowałem w domu opieki, zrozumiałem jedno: życie nie jest niczym nowoczesnym. Wszelkie odchylenia, wszelkie deformacje, wszelkie zwyrodnienia, wszelkie upośledzenia i dewiacje, wszelkie szaleństwa, wszelkie wady, wszelkie choroby nadal istniały, były tak samo obecne teraz, jak w średniowieczu, tylko je ukryliśmy, umieściliśmy w ogromnych budynkach w lesie, zorganizowaliśmy dla nich osobne obozy, konsekwentnie usuwamy je z widoku, aby sprawić wrażenie, że świat jest zdrowy i sprawny, że właśnie tak wygląda, świat i nasze życie, ale to nieprawda, życie jest również zniekształcone i powykręcane, chore i ułomne, niegodne i upodlone.

tom 5, s. 689

 

A skoro już jesteśmy przy usuwaniu z życia społecznego jednostek, które ktoś uznał według jakiś kryteriów za niepasujące, warto powrócić do feministek, pisarstwa i Hitlera, łącząc i podsumowując trzy wybrane przeze mnie aspekty do trzech tekstów o Knausgårdzie.

 

            Jeśli napiszę „pizda”, przekroczę granicę wyznaczoną przez styl normalny; jeśli zrobię to świadomie i celowo, będzie to wykorzystaniem stylistycznego środka wyrazu, chociaż niekoniecznie dokonanym z dobrym smakiem; jako prowokacja wyda się pozbawione sensu i będzie w sobie zawierać pewien element dojrzałości, prawie niemożliwe jest użycie tego słowa tak, aby to, co ze sobą niesie, nie przykleiło się również do „ja” tekstu, chyba że zostanie użyte jako przykład konkretnego rodzaju języka, czyli po to, aby zaprezentowało jakąś postać, coś o niej „powiedziało”. (Po napisaniu tego dodałem jeszcze „chuj”, żeby było napisane, że „jeśli napiszę pizda i chuj”, a zrobiłem to, ponieważ przyszło mi do głowy, że „pizda” mogłaby prowadzić do podejrzewania mnie o wrogi stosunek do kobiet, mizoginizm, a może wręcz lęk przed kobietami, ponieważ to słowo wybrałem, jakby było mi najbliższe, w ten sposób powiązałbym się niezręcznie z Hitlerem – niezręcznie, gdyż mogłoby to sprawiać wrażenie, że sam tego nie dostrzegam, jestem na to za ślepy, a z tego, z mojego przypuszczalnego mizoginizmu i lęku przed kobietami, dałoby się wysnuć całą gęstą siatkę pozostałych implikacji, na przykład mój brak talentów towarzyskich i samotnictwo, no a także to, co piszę o krwi i trawie, a wszystko to mogłoby prowadzić do jednego punktu identyfikacyjnego, do Hitlera.

tom 6, s. 724

 

Jednak osią „Mojej walki” nie jest ani feminizm, ani istota pisarstwa, ani nawet Adolf Hitler. Jest nim Kai Åge Knausgård, który ingeruje w ostatnią rzecz, która w dzisiejszym świecie pozostała czysto ludzka: samotność jednostki.

             

            Nawet wtedy czułem się jak oszust, byłem kimś, kto snuje myśli, które nie przychodzą do głowy nikomu innemu i o których nikt inny nie może się dowiedzieć. Wtedy uświadomiłem sobie istnienie swojej odrębności, tego czegoś we mnie, co wiedziało o czymś, czego nie wiedzieli inni i czym nigdy nie mógłbym się z nikim podzielić. Owo poczucie osamotnienia wciąż w sobie nosiłem i od tamtej pory chwytałem się go zawsze, ponieważ było jedyną rzeczą, jaką naprawdę miałem. Dopóki tak czułem, nikt nie mógł mnie skrzywdzić, bo to nie mnie prawdziwego krzywdzono, tylko kogoś innego. Tej samotności nikt nie mógł mi odebrać. Świat był przestrzenią, w której się poruszałem, mogło w niej dochodzić do przeróżnych wydarzeń, ale w przestrzeni, którą skrywałem w sobie, tej, która była mną, zawsze wszystko pozostawało niezmienne. W tym tkwiła moja siła. Jedyną osobą, która potrafiła odnaleźć do niej drogę, był tata. I odnajdywał, bo śniło mi się, że stoi w środku mojej duszy i na mnie krzyczy.

tom 5, s. 408

 

Będę bronić Knausgårda przed różnymi zarzutami: że jest mazgajem, że jest szowinistą, że jest hipokrytą, że jest beztalenciem. To, czy ktoś uważa, że ma lekceważący stosunek do kobiet, pozostawiam do oceny każdemu z osobna. Jest cienka granica między tym, co można mówić i robić, a wolnością artystyczną. Więc na zakończenie będę trzymać się tego, co należy stricte do esencji bycia pisarzem. Karl Ove Knausgård na pewno jest dobrym fachowcem. Świetnie panuje nad językiem. Przedstawia żywe, plastyczne obrazy. Nie jest jednak pisarzem. W „Mojej walce” wielokrotnie wspominał inne powieści i opowiadania, które zaczynał: miały zazwyczaj tego samego bohatera, jakąś niewyjaśnioną zagadkę i niekończące się opisy przyrody. Jednak żadnej historii. Napisał więc książkę o sobie, bo znał bohatera, zagadki żadnej nie potrzebował, opisy zawsze mógł wymyślić, a historia potoczyła się sama.

A potem przeczytałam ostatnie zdanie.

 

            Później wrócimy pociągiem do Malmö, wsiądziemy do samochodu i pojedziemy do naszego domu, a ja przez całą drogę będę się rozkoszował, naprawdę rozkoszował myślą, że już nie jestem pisarzem.

tom 6, s. 1101

 

            Był pisarzem, bo pisał książkę. Resztę dorobiliśmy my sami – czytelnicy i media.

            Nic nie było prawdziwe, ale kogo to naprawdę obchodzi?